Witkacy, Malinowski i bzik tropikalny

Kiedy Stanisław Ignacy i jego przyjaciel Bronisław Malinowski dotarli do Colombo (w drodze do Australii), nasz artysta cały czas pragnący skończyć z sobą z powodu śmierci narzeczonej, Jadwigi Janczewskiej postanowił zachować się konsekwentnie. Colombo było ówczesną stolica ówczesnego Cejlonu czyli teraz – Sri Lanki (długo dla mnie Cejlon był Cejlonem). Napisał pismo do lokalnych władz , w którym wyjaśnił swoje samobójcze zamiary, a uczynił to w taki sposób, aby przypadkowo nie obciążyć swoim czynem „kochanego Bronia”.

451px-Bronislawmalinowski_ok_1930
Bronisław Malinowski, 1930 r

Rozmyślił się jednak, bowiem postanowił wrócić do domu na wieść o rozpoczęciu I wojny światowej i zginąć w boju.

Notatki i listy pisane podczas wojaży w tropikach nie trafiają do adresatów. Przechowywał je Bronisław Malinowski, który miał je udostępnić dopiero po tragicznej śmierci artysty.  Mnóstwo w postawie Witkacego widzę pozy i histerycznej szamotaniny i jakiejś takiej depresyjnej – to prawda – ale ostentacji na pełny regulator. Po przeczytaniu listów, traktujących o jego przeżyciach i nastrojach po śmierci narzeczonej można w całej niemiłosiernej okazałości wyobrazić sobie jak męczył Witkacy nieco wycofaną, skromną i prostolinijną pannę, która w końcu zapętliła sie w jego emocjonalnych hop-sztosach i zastrzeliła się na samotnym spacerze w górach.

jadwiga_janczewska_ok_1913_zakopane_12
Jadwiga janczewska, ok. 1913 r.

Wiele listów, od czerwca 1914 r. było napisanych na pokładzie statku RMS „Orsova” , kursującym na trasie Londyn-Brisbane (Australia), a należącym do Orient Steam Navigation Company. Statek był niedawno, stosunkowo niedawno wodowany, bo 5 lat wcześniej. Obliczony na około 1300 pasażerów, miał wszelkie wygody charakterystyczne dla ówczesnego standardu liniowców pasażerskich, a więc porządne pomieszczenia, ale – rzecz jasna – osobne dla klasy pierwszej i turystycznej. Obaj podróżnicy mogli posłuchać wieczorem pieśni „Rosary” śpiewanej przez pannę Hewitt oraz muzyki granej specjalnie dla nich. Poniżej damy mini-album fotografii z epoki, na których zobaczymy ów statek i jego wnętrza:

W tych oto okolicznościach już pierwsze zdanie listu pisanego na pokładzie liniowca może nas przyprawić o apopleksję: „Straszny wyrzut sumienia, że pojechałem w podróż i wydaję pieniądze, co jest na nic. Ale trochę odpowiedzialności jest i na ludziach, którzy mi nie dali skończyć ze sobą w porę”. Ojej, jak ja nie lubię tego typa!!! Ale już w następnym zdaniu przewidział swoją dolę nader rozpaczliwą, pisząc: „Dlatego koniec mój będzie jeszcze brzydszy”. I dalej: „Nie wiem czy dotrzymam do Colombo. Tam będzie jeszcze piękniej, a przez to jeszcze okropniej”

I da capo – huśtawka poszła w ruch i nie wiadomo kiedy się zatrzyma. Ale o tym po tym. Na razie wkurzył mnie artycha i – po prostu – bardzo żal mi Jadwigi Janczewskiej.

 

 

malinowski
Bronisław Malinowski

 

 

Trzeba obejrzeć „Kalkwerk” Lupy, koniecznie

To apel zwrócony nie tyle do publiczności, której rzymskie prawo mieć w rzyci ambitne formalnie spektakle, ale przede wszystkim do artystów, reżyserów teatralnych i aktorów, mających zaszczyt uczestniczyć w inscenizacji dramatów Stanisława Ignacego Witkiewicza.

Przytoczymy tu fragment przedstawienia w reżyserii Andrzeja Marii Marczewskiego, „Witkacy: jest 20 do Xtej” w Teatrze Nowym w Słupsku, Scenariusz został napisany przez reżysera na podstawie sztuk i listów Witkacego i zagrany z temperamentem przez dobrych aktorów, dających z siebie naprawdę dużo. Wiemy też, że Andrzej M. Marczewski przygotowuje sie do swych spektakli nader solidnie, wystarczy poczytać przegląd źródeł zamieszczony na autorskiej stronie.

A jednak, psiakostka, nie wiem dlaczdego ludzie teatru i to bardzo zdolni artyści nie lubią (chyba, czy co?) postulatu Wielkiego Autora, który był powtarzany przez niego uporczywie przez lata, aby aktorzy grali apsychologicznie, aby nie cieniowali gry, gestu i słowa w zgodzie z sytuacyjnym prawdopodobieństwem. I wtedy wychodzi coś takiego atrakcyjnego, nawey, ale może zgodnie ze wskazaniami byłoby jeszcze atrakcyjniejsze:

 

No i co mi to może biduli teatralnej przeszkadzać? Przecież w porządku jest – na pędzie, na krzyku, spontan jak jasny gwint i w ogóle prima sort, bo przeciez kiedy ktoś krzyczy to ton wypowiedzi wrzaskliwie się wyrównuje i niby mamy niby spełniony postulat niepsychologizowania. Guzik mamy, mamy wrzask, w którym sami aktorzy się gubią.

A można zupełnie inaczej tylko należy wyciągnąć nauki z pracy mistrza i pooglądać jak to jest zrobione w „Kalkwerku” z 1992 r. Małgorzata Hajewska Krzysztofi i Andrzej Hudziak dali taki niesłychany i niespotykany koncert gry, ze nagroda Nobla, byłaby za małym wyróżnieniem. Kiedy wsłuchiwałem sie w tok, a własciwie powolny słowotok Hajewskiej Krzysztofik, to myślałem, że już, już kobieta sie potknie i padnie, że tuż, tuż do kompletnej kompromitacji interpretacyjnej, ze zaraz będzie katastrofa i koniec spektaklu. A tymczasem nie. Aktorka jakimś nieludzkim wysiłkiem strun głosowych i odpowiednią regulacją oddechu wychodziła z sytuacji zwycięsko. Triumf gry obojga aktorów i pokaz całkowicie apsychologicznego wypowiadania kwestii. Tę sztukę obejrzałbym chętnie z samym Witkacym, własnie wspólnie z nim. Musiałoby to na nim wywrzeć piekielne wrażenie…

A teraz niespodzianka dla wytrwałych. Drobne 3 godziny i 28 sekund wielkiej sztuki. Ostrzegam, że jeśli ktoś nie jest w formie, to numer alarmowy 112 może sie przydać. Ale wrażenie zostaje do końca życia:

Sztukę trzeba bardzo kochać!!!

Kto naprawdę sponiewierał panią Jadwigę Witkiewiczową?

Jadwiga Witkiewicz z domu Unrug nie miała łatwo z Naszym wspaniałym artystą i egoistycznym histerykiem w jednej osobie. Właściwe wydaje mi się określenie, że Witkacy traktował żonę nie jak kochaną Jadwigę czyli Nineczkę, ale jak przedmiot miłości.

„Przedmiot miłości” jest o tyle trafnym określeniem, że kojarzy się z permanentną manipulacją, jakiej Witkiewicz poddawał swoje szczęście ślubne. Kochał ją na pewno, ale w trybie znerwicowanym, jeśli tak można powiedzieć (a można), czyniąc z miłości rodzaj histerii i tą atmosferą upajając się po czubek głowy. Ale z chwili na chwilę znowu był niezupełnie zadowolony, a nawet całkowicie skończony na amen, wpadając w skrajną depresję.

I tak sobie myślałem, że bardzo tę inteligentną i piękną damę poniewierał nasz pięknoduch, korzystając z jej miłosnego oddania. i już chciałem nakląć na niego jak na nieboskie stworzenie obsobaczyć i zmieszać z błotem, kiedy zajurzałem do książki nieocenionej Joanny Siedleckie (chwalę się: mojej koleżanki z Tysola) „Mahatma Witkac” i przejrzałem na oczy in einem augenblick, co podobno po niemiecku oznacza – „w mgnieniu oka”.

Prawdziwa dama, żywe wspomnienie czasów bohemy zakopiańskiej i dawnej, szlacheckiej Polski trafiła po II wojnie światowej na – tym razem niestety – prawdziwych komunistów i innych typków, starających szybciutko dobrze się znaleźć przy nowej, ludowej władzy. Ileż razy była ona usuwana z mieszkań, bardzo lichych, ale zawsze, stanowiących jakieś schronienie. Dokwaterowywano jej i dokwaterowywano ją do kolejnych „kołchozów”, męczono ją jako wdowę po jakimś Witkiewiczu, kapitalistycznym, burżuazyjnym wrogu równości i sprawiedliwości społecznej czyli traktowano ją w sposób, jaki przewidział pisarz w swoich dramatach o motłochu z przedmieść, o masach opanowujących świat.

W porównaniu z okresem powojennym, czas międzywojnia wydawał się romantyczną sielanką i w pewnym sensie taką był. Ci ludzie żyli jednak na pewnym poziomie, prowadząc ważne dla kultury działania twórcze. Potem było dno.

z9859490Q,Jadwiga-Unrug-i-Witkacy--polowa-lat-30

 

Jadwiga i Stanisław Ignacy Witkiewiczowie w pol. lat 30-tych

Załącznik „Winien – Ma”

W liście do żony z 13 sierpnia 1927 r.  znalazł się załącznik w postaci kartki wyrwanej z buchalteryjnego zeszytu z rubrykami „Winien” i „Ma”, w których artysta zawarł swoje emocje wymagane i posiadane, jak zwykle nieco histerycznie rozdrapując własne i cudze rany:

Winien:                                  Ma:

(Na odwrót, to ma byc pod "Ma") To miało być pod "Winien". Cały dowcip przepadł (i tak był słaby i przepadł). Co za pech.
Przywiązanie najgłębsze Szatańskie żądze
Przebaczal-ność Sceny zazdrości
Czułość(!) Awantury o byle co
Wyrozumia-łość Niewidzenie nikogo poza nią
Chęć kompromisu Zupełne ogłupienie
Widzenie od środka itd., itd.
Niechęć krzywdy
Zainteresow-anie przyszłością
itd.

I jeszcze dodał: „nic mnie nie cieszy. Wszystko jest do d..y. Koniec”..

Następnego dnia list do żony zakończył jeszcze bardziej stanowczo: „Nie mogę żyć z ludźmi. To bydło i idioci”.

Witkacjusz

 

I wierszyk sobie ten wspaniały Gnembon Puczymorda zafundował nader, nader….

Dwa sposoby na „zajente” Zakopane – 27 luty 1927 r.

Zakopane jest okropnie w sezonie „zajente”. a więc Witkacy informuje Reynelostwo o sposobach na ten stan rzeczy:

„1) albo wy, kiedy chcecie przyjechać, tele itd., że chcecie, a my Wam tele itd., że tak lub nie, i Wy tu albo gdzie indziej, albo 2) że my, kiedy wolne wam tele itd, R. p. (response payee – odpowiedź zapłacona) i wy R., że tak lub nie, jako chcecie”.

O i to jest informacja ścisła klarowna i inteligentna, zrozumiała dla każdego dobrego znajomego Stasia Ignacego. Bomba! A na koniec portret jednego z zainteresowanych czyli Leona Reynela popełniony przez Witkacego:

portret_leopolda_reynela

Kartka pocztowa – 9 października 1933 r.

„Opiekuj się dzieckiem – będzie mniej więzień i przestępców”.

Pan Roman Jasiński, Al. Ujazdowskie 30, III p., Warszawa.

Poniżej Stanisław Ignacy Witkiewicz i Roman Jasiński grają na fortepianie koncert na cztery ręce.

siw_roman_jasinski_graja_na_fortepianie_na_cztery_rece3_fot

Witkacy w formule agencyjnej

Krótkie, jakby agencyjne informacje o Stanisławie Ignacym Witkiewiczu? Też coś! Ale z drugiej strony, z której? Z drugiej, dlaczego nie? Zobaczymy jak sie Witkacy sprawdzi w takiej agencyjne i prasowej formule. Uważam, ze sprawdzi się cudownie, ale jestem nałogowym wielbicielem tego artysty, a więc trzeba to co o nim mówię raczej ostrożnie…

rys7_NEW